Madama Butterfly

Terminy

Madama Butterfly

Kompozytor: Giacomo Puccini

Tragedia japońska w 3 aktach
Libretto Luigi Illica i Giacomo Giacosa wg Davida Belasco
Prapremiera: 17 II 1904
Premiera polska: Warszawa 1908
Premiera w Operze Krakowskiej: 25 IX 2009

Realizatorzy:

Reżyseria, scenografia: Waldemar Zawodziński
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Kostiumy: Maria Balcerek
Choreografia, ruch sceniczny: Janina Niesobska
Realizacja światła: Mirosław Poznański
Przygotowanie chóru: Marek Kluza

Asystent reżysera: Magdalena Wąsowska
Asystent scenografa: Katarzyna Zbłowska
Asystent kostiumologa: Bożena Pędziwiatr
Asystent kierownika muzycznego: Paweł Szczepański
Inspicjent: Agnieszka Sztencel
Sufler: Dorota Sawka

Obsada:

SOLIŚCI, ORKIESTRA, CHÓR i BALET OPERY KRAKOWSKIEJ

Brak informacji o datach

Jedna z najpiękniejszych w dziejach opery historia o zawiedzionej miłości. Opowiada o związku gejszy Cio-Cio-San z porucznikiem amerykańskiej marynarki. Ich małżeństwo nigdy nie było poważnie traktowane przez Amerykanina, za to Cio-Cio-San pozostała, niczym Penelopa, wierna ukochanemu. Długie oczekiwanie na jego powrót, rozbudzone nadzieje w zderzeniu z okrutną prawdą kończą się dla bohaterki tragicznie. Krakowską realizację przygotowali: Waldemar Zawodziński (reżyseria, scenografia), Tomasz Tokarczyk (kierownictwo muzyczne), Maria Balcerek (kostiumy) i Janina Niesobska (choreografia i ruch sceniczny).


 Reportaż z przygotowań do premiery spektaklu - zobacz

Artykuły:

Streszczenie libretta

Opera w trzech aktach. Akcja rozgrywa się w Nagasaki w 1900 r.

Akt I

Młody porucznik Pinkerton, znudzony długim pobytem w japońskim porcie, za pośrednictwem Goro poznaje młodziutką gejszę, zwaną Butterfly. Zgodnie z japońskimi zwyczajami, ma zawrzeć z nią ślub, ważny 999 lat. Goro wprowadza porucznika do wynajętego dlań domku. Wkrótce w otoczeniu rodziny i licznego grona dziewcząt nadchodzi Butterfly. Wyznaje Pinkertonowi, że rano przyjęła chrześcijaństwo i gotowa jest zerwać ze swą rodziną i środowiskiem. Urzędnik stanu cywilnego odczytuje akt ślubu. Weselną atmosferę mąci nagłe zjawienie się wuja panny młodej - Bonzy. Za porzucenie wiary ojców oraz poślubienie cudzoziemca rzuca na nią przekleństwo. Przerażeni goście weselni opuszczają dom Pinkertona. Młodzi zostają sami. Nadchodzi noc.

Akt II

Wkrótce po ceremonii zaślubin Pinkerton odjechał. Minęły trzy lata. Butterfly wraz z małym synkiem każdej wiosny czeka na męża. Odrzuca stanowczo konkury bogatego księcia Yamadori. Konsul Sharpless w daje jej do zrozumienia, że Pinkerton nie wróci. Butterfly nie wierzy jego słowom. Pokazuje mu swego synka i prosi, by powiadomił Pinkertona, że oboje wciąż go oczekują. Wystrzał armatni zwiastuje przybycie okrętu Pinkertona. Uszczęśliwiona Butterfly przystraja cały dom kwiatami i zakłada ślubną suknię. Z wolna zapada zmierzch, ale na ścieżce wiodącej do domku Butterfly nie widać nikogo...

Akt III

Minęła noc. Znużona oczekiwaniem Butter-fly zasnęła. Dopiero teraz w ogródku przed domem zjawiają się Sharpless i Pinkerton w towarzystwie eleganckiej damy. To małżonka Pinkertona, która przybyła wraz z nim, by zabrać jego synka. Zjawia się Butterfly i od razu domyśla się wszystkiego. Odprawia obecnych i pożegnawszy się z dzieckiem, przebija się sztyletem. Pinkerton wpada do pokoju z okrzykiem ,,Butterfly!”, lecz jest już za późno.

Streszczenie libretta według "Przewodnika operowego" J. Kańskiego)

Wyśpiewać miłość i honor (fragment recenzji)

Piękna to opowieść o miłości, rysowana orientem. Misternie utkany w nutach przypomina o sobie, wracając w muzyce, świetnie wykonanej przez orkiestrę Opery Krakowskiej. Oryginalny język, włoski, w jakim napisano libretto (Luigi Illica i Giuseppe Giacosa), podkreślał melodyjność wyśpiewywanych słów. Odtwórcy głównych ról radzili sobie z nim dobrze. (…)

Maria Pięłoś
Dziennik Teatralny Kraków, 14 kwietnia 2010 

Udana premiera "Madame Butterfly" w Krakowie (recenzja)

To miała być niewinna, miłosna igraszka porucznika marynarki Stanów Zjednoczonych Pinkertona. Chwilowe umilenie pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni. Cio-Cio-San miała być zaledwie kaprysem, przystankiem w drodze do "prawdziwej", amerykańskiej narzeczonej. Oficer nazwał swą maskotkę Madama Butterfly (Pani Motyl), wykorzystał i, sam niczym motyl, odfrunął. Pozostawił rozkochaną w sobie Japonkę i potomka, po którego, już z amerykańską żoną, powróci po trzech latach.

Od ponad wieku wszystkie sceny operowe świata chętnie sięgają po tę historię. Przepiękna muzyka Giacomo Pucciniego, niezwykle melodyjna, z dyskretną domieszką orientu i cytatów amerykańskich, naszpikowany emocjami dramat i japoński entourage, to niemal pewna gwarancja sukcesu. W Operze Krakowskiej z tym samograjem zmierzył się Waldemar Zawodziński, nie tylko reżyserując, ale także oprawiając całość scenograficznie.

Zmierzył się, acz odniosłam wrażenie, że nie próbował w żaden sposób z nim powalczyć, odczytać go na nowo. Może stwierdził, iż krakowscy melomani nie przełkną odważnej interpretacji. Dlatego też dostaliśmy przedstawienie momentami piękne, acz potwornie zachowawcze, które zrobi przede wszystkim wrażenie na tych, którzy nie śledzą nowinek na współczesnej scenie operowej.

Zawodziński - scenograf stworzył na scenie świat posklejany z rozmaitych klisz, spełniających przeciętne wyobrażenia o tym, jak wygląda Japonia. Choć jest to raczej rodzaj wariacji, są tu i elementy tradycyjnej architektury, jest monstrualna ikebana, imitująca ogród, są ściany z żaluzjami i papierowe lampiony. Wszystkie konstrukcje jeżdżą wszerz, do dołu i do góry, pokazując fantastyczne możliwości wyposażenia nowej Opery.

W tym natłoku mobilnych elementów, są też i takie, które służąc jedynie jako ilustracja, brudzą obraz. Jak chociażby gigantyczna kotwica, mało subtelnie symbolizująca przybycie statku do portu w Nagasaki. Gdyby nie owa kotwica na horyzoncie, finał drugiego aktu ze ślicznym, kołysankowym chórem rybaków, mógłby być jeszcze bardziej poetycki i czystszy.

W tę japońską symbolikę w przestrzeni, wpisują się kostiumy autorstwa Marii Balcerek, będące raz to wariacją na temat, a innym razem wiernym odzwierciedleniem oryginałów. Bo świat stworzony przez dwójkę scenografów nie ma ambicji wiernego kopiowania Japonii, ale jest rodzajem kreacji, z feerią barw i balansowaniem na granicy kiczu. Rozumiem ten zamysł, choć nie zawsze się z nim zgadzam. Ale największą siłą krakowskiej "Madamy Butterfly" są aktorzy - śpiewacy i sama muzyka.

Ewa Biegas w roli tytułowej po raz kolejny pokazała, że jest nie tylko znakomitą sopranistką, ale także dobrą aktorką. Artystka stworzyła portret kobiety, która na naszych oczach dojrzewa i przeżywa dramat odrzucenia. Zagląda w głąb duszy swojej bohaterki i wydobywa całe bogactwo emocji: od miłosnego zauroczenia, przez nadzieję, po rozpacz, popychającą ją do samobójstwa. Świetnie partneruje jej Agnieszka Cząstka w roli służącej Suzuki. Współodczuwa dramat swojej pani, tak jakby to był jej własny.

Słynny "duet kwiatowy" obydwu kobiet to jeden z piękniejszych momentów muzycznych tego spektaklu. Konsul USA Sharpless Mariusza Godlewskiego to niemal wierny cytat z Konsula z "Pod wulkanem" Malcolma Lowry'ego. Wiecznie pijany, ocierający pot z czoła, widzi więcej i rozumie więcej niż Pinkerton. Pavlo Tolstoy w tej roli gra amerykańskiego mydłka, do którego dopiero nad zwłokami dawnej kochanki dotrze okrucieństwo zachcianki. Cyniczny stręczyciel Goro Pawła Wundera, to ktoś, z kim raczej nie chcielibyśmy się zaprzyjaźnić. W stworzeniu tych portretów pomaga aktorom orkiestra pod batutą Tomasza Tokarczyka, subtelnie wydobywająca liryzm i dramat nut Pucciniego.

Choć inscenizacja Waldemara Zawodzińskiego nie stanowi żadnego odkrycia interpretacyjnego w tej ponadstuletniej historii, choć chwilami wydaje się zbyt grzeczna i przesłodzona, to warto spędzić te ponad 3 godziny w Operze. Dla aktorów, muzyki i kilku obrazów, które mogą pozostać w pamięci.

Magda Huzarska
Polska Gazeta Krakowska, 28-09-2009

Choroba miłości (recenzja)

Ten melodramat nad melodramaty został wystawiony z polotem i uczuciem. Świetnie zaśpiewany i zagrany, w ciekawej reżyserii i scenografii, dla których krakowska scena okazała się jednak stanowczo za mała.

Waldemar Zawodziński nie starał się odtworzyć na scenie Japonii - i słusznie. Przecież opera Pucciniego to fantazja na tematy japońskie, i w temacie, i w muzyce. Zawodziński (reżyser i scenograf) razem z autorką kostiumów Marią Balcerek stworzyli więc własną fantazję japońską, wykazując się dużą wrażliwością na muzyczną dramaturgię. Zmiany dekoracji przy otwartej kurtynie nie tylko współgrają z muzyką, ale i ją dopowiadają. Na początku opery Goro (bardzo dobry Paweł Wunder) pokazuje Pinkertonowi dom przeznaczony dla Butterfly - przesuwa w kulisę długą ścianę, potem drugą i trzecią. Arii Butterfly "Un bel di vedremo" towarzyszą opadające z góry w rytm muzyki białe lampiony, unoszące się potem z powrotem w górę. Noc miłosną Butterfly i Pinkertona zapowiadają ustawione rzędem tancerki w ciemnych szatach - gdy rozłożą ręce, stworzą żywy parawan z erotycznych japońskich drzeworytów, wymalowanych na odzieniu. Nie ma w tych scenach realizmu, jest skrót, dowcip, poezja.

Nie wszystkie reżysersko-scenograficzne pomysły są udane - gdy Butterfly ubiera kwiatami dom na przybycie ukochanego, wjeżdżają wielkie podesty pełne gęsto ustawionych lilii, jak na plantacji. Ogromna głowa Buddy robi wrażenie, gdy widzimy tylko jej fragment, gorzej, gdy przejeżdża w całości przez scenę. Choć może i ta plantacja, i głowa Buddy (i sceny zbiorowe) wyglądałyby lepiej, gdyby nie szczupłe rozmiary sceny, na której naprawdę trudno rozwinąć skrzydła. Scenografia operowa nie może dusić się w niewielkiej przestrzeni, a artyści w efektownych kostiumach deptać sobie po piętach. Zwłaszcza że muzyka emocjami, jak to u Pucciniego, wypełnia bez reszty scenę i widownię. Przydałoby się więc trochę oddechu.

A emocji muzycznych było wiele. Świetną Butterfly była Ewa Biegas, o mocnym, giętkim i dramatycznym głosie. To nie żaden zdeptany przez okrutny los słodki kwiatuszek, ale kobieta opętana przez miłość, drapieżna, szalona, dążąca do zatracenia. Bardziej może kochająca własne uczucie, własne fantazje na ten temat, własne nieszczęście wreszcie niż Pinkertona. W tej roli znakomicie śpiewający Pavlo Tolstoy, o dobrze pasującym do takiej koncepcji głównej bohaterki wyglądzie miłego jasnowłosego chłopca, nieco spłoszonego determinacją ukochanej. Orkiestra pod dyrekcją Tomasza Tokarczyka i chór też sprawiły się dobrze. Wszystko po to, żeby nas porwać, wzruszyć i poruszyć tą szlachetnie melodramatyczną baśnią o chorobie miłości.

Opera Krakowska. Giacomo Puccini "Madama Butterfly". Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk, reżyseria i scenografia: Waldemar Zawodziński, kostiumy: Maria Balcerek, choreografia: Janina Niesobska, światła: Mirosław Poznański, przygotowanie chóru: Marek Kluza. Premiera 25 września 2009.

Joanna Targoń
Gazeta Wyborcza Kraków, 29-09-2009

Tragedia "Pani Motyl" (recenzja)

Po premierze "Madama Butterfly" w Krakowie

Wielominutową owacją na stojąco zakończyła się w sobotni wieczór premiera tej bodaj najbardziej popularnej z oper Giacoma Pucciniego. Oklaskiwano nie tylko efektowne przedstawienie, ale również interesujące kreacje wokalno-aktorskie.

Klamrą spinającą przedstawienie jest pierwsza i ostatnia scena, rozgrywane w tej samej scenografii i w ten sam sposób. Trzy przesuwające się ściany odsłaniają zupełnie pustą scenę. To tutaj zaczyna się opowieść o dramacie młodej Japonki, która wychodzi za mąż za oficera marynarki amerykańskiej. Ta sama przestrzeń stanie się w trzecim akcie niemym świadkiem dramatu Butterfly, która na wieść o tym, że Pinkerton przybywa do niej z nową żoną i zamiarem zabrania jej syna, popełnia samobójstwo.

Cała inscenizacja jest delikatnie stylizowana na japońskie klimaty, uzupełniają ją efektowne, barwne i lekkie kostiumy, również wywiedzione z japońskiej sztuki. Waldemar Zawodziński po mistrzowsku operuje sceniczną przestrzenią i światłami, nie brakuje też czytelnej symboliki, co czyni całą akcję dynamiczną i zrozumiałą. Z jednym tylko trudno mi się pogodzić - dlaczego z woli reżysera Suzuki (interesująca kreacja Agnieszki Cząstki) wygląda jak siedem nieszczęść naraz? Ciągle zgarbiona, skulona, o manierycznych ruchach, wypadła bardzo sztucznie. Jak się ją obserwowało, to miało się wrażenie, że właśnie ona jest zapowiedzią całej tragedii, jaka stanie się udziałem tytułowej bohaterki. Nie bardzo też przypadły mi do gustu szaleńcze piruety i tarzanie się po scenie Butterfly, co miało oznaczać wybuch jej burzliwych emocji na chwilę przed ostatecznym rozwiązaniem. Natomiast uznanie budzi konsekwentne i wyraziste prowadzenie głównych bohaterów, którzy symbolizują dwa odmienne światy i dwie różne kultury.

Jednym z piękniejszych momentów jest ten, kiedy ślubny orszak Butterfly pojawia się w domu Pinkertona, a ona sama jest wyłuskiwana z czerwonego jedwabnego kokonu niczym delikatny motyl. Równie efektownie wypadły scena z lampionami towarzysząca wielkiej arii Butterfly "Un bel di vedremo" oraz scena z kwiatami, w której śpiewany jest duet "Scuoti quelle fronda".

W obsadzie na pierwszy plan wysunęła się para głównych bohaterów: Aleksandra Chacińska - Cio-Cio-San i Arnold Rutkowski - Pinkerton. Oboje młodzi, obdarzeni pięknymi głosami, stworzyli kreacje, o których warto pamiętać. Ona pięknie przekazała wszystkie nastroje przypisane tej postaci, jest delikatna, pełna wiary, naiwna i kokietująca, a zarazem burzliwa i gwałtowna w chwili, kiedy wali się świat jej uczuć. Zaprezentowała śpiew o przejmującej ekspresji i pięknym prowadzeniu frazy, co jest czynnikiem w pełni uwiarygodniającym jej kreację. On dysponuje głosem o interesującej szlachetnej barwie i wyrównanym brzmieniu, pozwalającym na swobodne jego prowadzenie nie tylko pod względem emisji, ale też pod względem ekspresji i barwy. Równie wiele dobrego należy powiedzieć o Leszku Skrli, który wokalnie i aktorsko wykreował, z pełnym przekonaniem, obraz Sharplessa, amerykańskiego konsula, którego przerósł dramat Buttefly.

Przedstawieniem dyrygował Tomasz Tokarczyk. Przyznaję, wiele fragmentów pięknie brzmiało pod jego batutą, ale nie brakowało też takich, kiedy orkiestra brzmiała zbyt masywnie i bez właściwej finezji, szczególnie w cieniowaniu frazy, co zmuszało solistów do forsownego prowadzenia głosu.

Adam Czopek
"Nasz Dziennik", 28.09.2009

Madama Butterfly - Pani Motyl (recenzja)

Podobno w tajniki japońskiego obyczaju wprowadzała Pucciniego pani Ohayama, żona ówczesnego posła Japonii w Rzymie. Widać była dobrą nauczycielką, skoro kompozytorowi (przy wydatnej pomocy dwójki wypróbowanych przyjaciół - librecistów, czyli Luigiego Illiki i Giacoma Giacosy) udało się stworzyć jedyny w swoim rodzaju portret kochającej Japonki, o której podobno mówił, że jest jak wrażliwy, pokorny kwiat o subtelnie podniecającym zapachu. Wprawdzie "Madama Butterfly" na premierze w Mediolanie przed stu pięcioma laty została wygwizdana, ale było to tylko kolejne udowodnienie znanego ze scen operowych twierdzenia, że pierwsze klęski zmieniają się później w triumfy. Przez przeszło sto lat Cio-Cio-San niezmiennie króluje wśród bohaterek muzycznej sceny, a teatry, które sięgną po dzieło Pucciniego i wystawią je należycie, mają sukces zapewniony.

W Krakowie "Butterfly" nie gościła od dziesiątków lat, żywa natomiast wciąż jest legenda bardzo "japońskiej" inscenizacji Kazimierza Korda i Krystyny Zachwatowicz z niezrównaną Jadwigą Romańską w tytułowej roli. W miniony piątek, na scenie Opery Krakowskiej, obejrzeliśmy operę Pucciniego w reżyserii i scenografii Waldemara Zawodzińskiego, w kostiumach Marii Balcerek, z ruchem scenicznym przygotowanym przez Janinę Niesobską i pod kierownictwem muzycznym Tomasza Tokarczyka.

Spektakl towarzyszył Kongresowi Kultury Polskiej, był też otwarciem nowego sezonu artystycznego w Operze Krakowskiej. Ta inauguracja okazała się ze wszech miar udana. Po raz pierwszy mogliśmy ocenić i docenić możliwości techniczne krakowskiej sceny operowej, a choć kwiatów i lampionów było na mój gust trochę za dużo, to przecież przyszli reżyserzy i scenografowie nie będą mogli narzekać na techniczne ograniczenia ich wspaniałych wizji. Ale ad rem...

Realizatorzy "Madamy Butterfly" stworzyli wzruszający spektakl, cieszący oko i ucho. Wszyscy - bez wyjątku - obecni na scenie nie tylko pięknie śpiewali, ale i wspólnie zbudowali dobre, przekonywające widowisko teatralne. Bardzo trafne, bo nienachalne, były japońskie odniesienia w geście i sposobie poruszania się. Tu najprawdziwsza, w idealnej zgodzie z muzyką i charakterem postaci była Agnieszka Cząstka jako Suzuki. Królowała na scenie zgodnie z wymową dzieła Ewa Biegas jako Cio-Cio-San, bardzo prawdziwa w przekazie jej dramatu, świetna aktorsko i - jak zawsze - nienaganna muzycznie. Patrząc na jej Butterfly odczuwałam jednak pewien niedosyt w I akcie. Cio-Cio-San Ewy Biegas od pierwszej chwili była dojrzała i dramatyczna. Brakło mi początkowej dziewczęcości piętnastoletniej gejszy zadurzonej pierwszym uczuciem i dojrzewającej z czasem do końcowej tragedii.

Dobrą postać beztroskiego Pinkertona stworzył Pavlo Tolstoy, świetnym, zmęczonym życiem Konsulem był Mariusz Godlewski. Również Paweł Wunder jako Goro, Bogdan Kurowski - Bonzo, Krzysztof Witkowski - Yamadori, dobrze wpisali się w całość spektaklu, który miał w sobie delikatność japońskiego rysunku. Ładnie brzmiała orkiestra, równie dobrze śpiewał chór (przygotowanie - Marek Kluza).

Krakowskiej "Madamie Butterfly" wróżę zasłużone powodzenie. Tym razem widziałam tylko jedną obsadę. Przygotowano trzy, podobno bardzo różne. Oglądnę więc i pozostałe, ale to dopiero w listopadzie.

Anna Woźniakowska
"Dziennik Polski", 28-09-2009

Waldemar Zawodziński: w operze liczy się miłość

Z Waldemarem Zawodzińskim, reżyserem opery "Madama Butterfly" Pucciniego, której premiera otworzy w piątek nowy sezon Opery Krakowskiej, rozmawia Joanna Weryńska

Chyba niełatwo jest realizować jedną z najsłynniejszych oper świata?

To prawda, ale uczono mnie zawsze, że jeśli przychodzi ci się mierzyć z legendą, musisz najpierw dokładnie się jej przyjrzeć, po czym spróbować o niej zapomnieć i zinterpretować ją po swojemu. Tak właśnie zrobiłem.

I jak Pan ją zinterpretował?

Nie skupiłem się, jak zazwyczaj robią to twórcy, na zderzeniu dwóch odmiennych światów, z których wywodzą się główni bohaterowie dzieła Giacomo Pucciniego. Uważam, że to wcale nie jest tak, że on jest typowym jankesem, a ona typową Japonką. Chodzi tu raczej o zderzenie ludzi, którzy wyznają zupełnie inne wartości. Dla niej miłość jest wszystkim. Daje jej zupełnie nową tożsamość. Dlatego w imię miłości wyrzeka się wszystkiego.

A on?

Wcale nie jest postacią tak na wskroś cyniczną, jakby się mogło wydawać.

Rozumiem więc, że skupił się Pan przede wszystkim na wątku miłosnym?

Myślę, że udało mi się skonstruować dogłębny i kameralny dramat, w którym miłość jest najważniejszą wartością. Miłość staje się dla Cio-Cio-San czymś najistotniejszym. Dla niej wyrzeka się na koniec nawet siebie.

Czym różni się Pana ujęcie tego wielkiego tematu od jego dotychczasowych realizacji?

Trudno przy ogromnym bogactwie przedstawień tego dzieła nie przyglądać się innym jego wystawieniom. Jednak nie koncentruję się na tym, by stworzyć widowisko zupełnie inne niż moi poprzednicy. Skupiłem się raczej na tym, by ten spektakl przemówił do widzów jak najdotkliwiej. Wszystkie trzy odtwórczynie roli tytułowej są dojrzałe, ale jeszcze młode. A problem wielu dotychczasowych przedstawień polega na tym, że niełatwej partii Cio-Cio-San mogły sprostać tylko bardzo wyrobione śpiewaczki. Choć często nie pasowały do tej roli wiekowo. A główni bohaterowie są przecież młodymi ludźmi. To ważne w kreowaniu wiarygodności postaci.

Jest Pan nie tylko reżyserem, ale i autorem scenografii przedstawienia. Ponoć wykorzystane mają w nim zostać po raz pierwszy nowoczesne zapadnie sceniczne...

Dla montażu tego spektaklu są one niezwykle istotne. Te urządzenia pomagają nam jeszcze mocniej pokazać magię świata scenicznego, choć scenografia sama w sobie będzie raczej ascetyczna.

"Gazeta Krakowska", 22-09-2009