Zemsta nietoperza

Terminy

Zemsta nietoperza

Kompozytor: Johann Strauss

Operetka w 3 aktach 
Libretto: Karl Haffner, Richard Genée wg sztuki Rodericha Benedixa „Das Gefängnis” 
i wodewilu Meilhaca i Halévy'ego „Le Réveillon”
Przekład: Julian Tuwim

Prapremiera:  Wiedeń, 5.04.1874 
Premiera polska: Warszawa, 6.09.1877

Premiera: 18, 19.12.2005, Scena Operowa Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie 
Wznowienie: 30.11.2009, Duża Scena Opery Krakowskiej

Realizatorzy:

Kierownictwo muzyczne: Uwe Theimer
Reżyseria, choreografia: Janusz Józefowicz
Scenografia: Andrzej Woron
Kostiumy: Maria Balcerek

Obsada:

SOLIŚCI, ORKIESTRA, CHÓR i BALET OPERY KRAKOWSKIEJ

Brak informacji o datach

Dowcipna, salonowa intryga w XIX-wiecznym kurorcie pod Wiedniem. Stary Wiedeń to prawdziwy bohater tej jednej z najlepszych i najbardziej popularnych operetek świata. Skomponowanie dzieła zajęło Johannowi Straussowi, słynnemu „królowi walca” zaledwie kilka tygodni a prapremiera okazała się olbrzymim sukcesem. Brawurowa komedia pomyłek z intrygującym librettem w doskonałym tłumaczeniu Juliana Tuwima do dziś ma swoich wielbicieli.

Artykuły:

Streszczenie libretta

Akcja rozgrywa się pod koniec XIX w. w miejscowości kuracyjnej pod Wiedniem

Akt I

W willi bankiera Gabriela von Eisenstein pokojówka Adela czyta list od siostry, tancerki Idy. Ida zaprasza ją na bal, który tego wieczora wydaje książę Gigi Orlovsky. Jednocześnie z ulicy dobiega pieśń; to Alfred, „przeszły przyszły", czyli były narzeczony Rozalindy, żony Eisensteina, stara się skokietować dawną ukochaną brzmieniem swego głosu i pełnym uwielbienia tekstem pieśni. Rozalinda, przerażona niespodziewanym zjawieniem się Alfreda, pełna obaw, aby nie zetknął się z jej mężem, przyrzeka mu spotkanie wieczorem, oboje wiedzą bowiem, że Eisenstein ma jeszcze dziś iść na pięć dni do więzienia, skazany za uderzenie poborcy podatkowego. Adela, marząc o balu u księcia, prosi Rozalindę o zwolnienie na wieczór i noc, pragnie jakoby zająć się chorą ciocią. Rozalinda początkowo odmawia, potem jednak pozwala jej iść - lepiej, aby nikt nie widział wieczornej wizyty Alfreda.

Tymczasem z rozprawy sądowej powraca Eisenstein z mecenasem Blindem. Wskutek fatalnej obrony Blinda i nerwów Eisensteina oskarżonemu dołożono jeszcze trzy dni aresztu za obrazę sądu. Odsiadywanie kary ma rozpocząć za kilka godzin ... Z ponurego nastroju wybawia go przyjaciel, dr Falke. Radzi, aby Eisenstein poszedł do więzienia rano, natomiast noc spędził na balu u księcia Gigi - naturalnie w tajemnicy przed żoną. Nie musi przyjaciela namawiać zbyt długo ...

Rozalinda jest wprawdzie zdziwiona, że mąż idzie do więzienia we fraku, cylindrze i lakierkach, lecz Eisenstein uspokaja ją dewizą dżentelmena: "chociaż los czarny, to gors śnieżny". Wychodzi, wkrótce potem wychodzi i Adela, przybywa natomiast Alfred. Oboje z Rozalindą zasiadają do kolacji, Rozalinda w negliżu, Alfred w szlafroku jej męża. Nagle przybywa niespodziewany gość - dyrektor więzienia, Frank, przychodzi, aby osobiście doprowadzić Eisensteina do celi. Zaskoczona w dwuznacznej sytuacji Rozalinda błaga Alfreda, aby jej nie kompromitował i - grając rolę jej męża - poszedł odsiedzieć karę zamiast niego. Alfred, chociaż niechętnie, to jednak godzi się z losem i Frank zabiera go ze sobą, pewny, że aresztował Eisensteina ....

A k t II

Na balu u księcia zbiera się ciekawe towarzystwo: obok wytwornych dam i panów, także młodziutkie tancerki z opery, wśród nich Ida ze swą siostrą Adelą, ubraną w suknię Rozalindy. Dr Falke objaśnia niezbyt lotnemu księciu Orlovsky'emu intrygę, w którą wplątał grono swych znajomych, chcąc zemścić się za przykry kawał, jaki Eisenstein zrobił mu w poprzednim karnawale. Po karnawałowej maskaradzie, nad ranem, zostawił Falkego pijanego, w kostiumie nietoperza, w samym środku Prateru. Doktor musiał na piechotę powracać - w przebraniu nietoperza - do domu, wśród śmiechu i docinków rozbawionej gawiedzi. Teraz - "nietoperz" postanowił omotać przyjaciela siecią skomplikowanej intrygi. Zaprosił tu na bal Idę z Adelą, dyrektora więzienia, a także ... Rozalindę, która ma przybyć w masce i udawać węgierską hrabinę.
Intryga na razie przebiega zgodnie z planem. Eisenstein zaczyna asystować atrakcyjnej Adeli, nie wiedząc oczywiście, że flirtuje z własną pokojówką, potem zaś - nie tai swego entuzjazmu dla damy w tajemniczej masce, nie zdając sobie sprawy, że ukrywa się pod nią jego własna żona. Rozalinda cierpliwie wysłuchuje zalotów męża, po czym, wykorzystując sprzyjającą sytuację, zabiera mu piękny zegarek.
Zabawa nabiera coraz większego rozmachu, dwie osoby muszą ją jednak skoro świt opuścić: dyrektor Frank i Eisenstein, którzy - obaj incognito - zdążyli się na balu serdecznie zaprzyjaźnić. Obaj teraz, nie wiedząc o tym, zdążają w to samo miejsce: jeden do pracy, drugi do celi ...

Akt III

W więzieniu jest tylko jeden więzień: rozśpiewany Alfred, i jeden strofujący go dozorca - zupełnie pijany Frosch. Nadchodzi, prosto z balu, dyrektor Frank, a później także Ida i Adela. Frank zdradził im bowiem swe incognito i obiecał protekcję w teatrze, że zaś Adela pragnie zostać aktorką, przyszła, by od razu "na gorąco" dopilnować sprawy.

Frank przyjmuje je bardzo serdecznie, zaraz jednak musi dziewczęta ukryć w wolnej celi, nadchodzi bowiem kolejny gość: Eisenstein. Obaj panowie zadziwieni są spotkaniem w tak nieoczekiwanym miejscu: wyjaśniwszy sobie, kim są, dziwią się jeszcze bardziej: dyrektor oświadcza bowiem Eisensteinowi, że ... Eisensteina sam zabrał wczoraj do więzienia z jego domu, gdzie zastał go w szlafroku, w czułym sam na sam z żoną. Nadchodzi mecenas Blind. Eisenstein chcąc dociec, kto kryje się pod jego nazwiskiem, przebiera się za sądowego aplikanta i wraz z Blindem przesłuchuje Alfreda. Oczywiście szybko orientuje się w czym rzecz, zarzuca zdradę Rozalindzie, która też tu przybywa, chcąc załatwić zwolnienie Alfreda. Oboje ze śpiewakiem nie mogą już teraz ukryć swego wieczornego tête-a-tête, ale z kolei Rozalinda oskarża męża o fałsz i zdradę - na dowód pokazując mu zabrany na balu zegarek.
Na koniec - zjawia się Falke i wyjaśnia intrygę zaaranżowaną z zemsty. Alfred sprytnie podciąga i swoje spotkanie z Rozalindą pod ową "zemstę nietoperza", wszystko więc kończy się dobrze. Oszołomiony Eisenstein przeprasza Rozalindę i uzyskuje przebaczenie, Adelą zaś obiecują się zająć i książę, i Frank ...

(na podstawie Przewodnika operetkowego, L. Kydryńskiego, PWM, 1994)

Z kogo się śmiejecie?...

Johann Strauss-syn był królem walca, ale czy królem życia?

Był utalentowany, miał charyzmę pozwalającą mu panować nad słuchaczami, był bogaty i otoczony miłością; tłum tańczący w rytm walca uwielbiał go, a wielcy tego świata wyróżniali licznymi odznaczeniami. Jego muzyka perli się niczym dobry szampan; polki porywają w szaleńczy galop, walce unoszą w świat uczucia zapierającego dech…

Tytan muzyki, któremu inwencji zazdrościli współcześni kompozytorzy z Brahmsem na czele, był jednak naturą dwoistą, jego portret nie jest rysowany jedynie jasną kreską. Trudno w to uwierzyć, ale Johann mimo wszelkich sukcesów był niepewny swego talentu, bardzo łatwo dawał się zbić z tropu, łatwo wierzył w czyjąś złośliwą krytykę. Być może to konsekwencja młodzieńczych lat, gdy musiał – nie w pełni jeszcze przygotowany muzycznie – zarabiać na utrzymanie matki i rodzeństwa, toczyć artystyczny pojedynek ze słynnym ojcem, być może to efekt wrodzonej skromności, w każdym razie podobno gdy jadąc fiakrem zobaczył na afiszu tytuł swej pierwszej operetki (a był już przecież sławny), nieomal zemdlał z przerażenia na myśl, na co się porwał. Nie był także wolny od neurozy. Osobliwy strach przed śmiercią objawiający się niemożnością uczestniczenia w pogrzebach matki i żony - najbliższych mu, ukochanych osób, lękiem wysokości (podróżując koleją przez przełęcz Semmering kładł się na podłodze by nie widzieć otoczenia), czy w ogóle niechęcią do podróżowania, którą ustawicznie musiał pokonywać, kładł się cieniem na całe jego życie. Euforycznej radości towarzyszyła melancholia. Gdy dobrze wsłuchać się w Straussowskie frazy, można ją wyczuć. Jest obecna w każdym niemal walcu. Właśnie ta dwoistość nadaje swoisty koloryt dziełom Straussa, zaciekawia i zachwyca. Tak dwoista jest także cudowna muzyka do Zemsty nietoperza.

W połowie XIX wieku w Berlinie Roderich Benedix napisał komediofarsę zatytułowaną Das Gefängnis (Więzienie), podstawą intrygi której był fakt, iż mężczyzna nie chcąc skompromitować zamężnej kobiety, przyjął rolę jej męża z wszelkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Farsa musiała cieszyć się powodzeniem, bo zainteresowali się nią Meilhac i Halévy, słynni paryscy libreciści i komediopisarze. Dla sceny Théâtre du Palais Royal na jej podstawie przysposobili komedię Réveillon. Jej sukces był tak głośny, że prawa do niemieckiego jej przekładu nabył Maksymilian Steiner, dyrektor Theater an der Wien. Gdy zorientował się, że kupił znane już na terenie Wiednia dzieło, najpierw usiłować sprzedać je konkurencji, potem polecił sporządzić z niego libretto dla Johanna Straussa. Początkowo nad tekstem pracował Karl Haffner, potem dostał go do opracowania Richard Genée. On to nadał librettu Zemsty nietoperza ostateczny kształt, wykorzystując wszelkie atuty dotychczasowych wersji tekstu i wzbogacając je własnymi pomysłami. Jego zasługą jest m.in. zawiązanie intrygi wokół maskarady „nietoperzowej” niesłychanie popularnej w Wiedniu pierwszej połowy XIX wieku.

Straussowi tekst Haffnera i Genée tak przypadł do gustu, tyle znalazł w nim artystycznej podniety, że swą genialną operetkę napisał w iście rekordowym – jak na siebie – tempie, w ciągu zaledwie czterdziestu dwóch dni. To nietypowe dla niego tempo pracy przyczyniło się do powstania bolesnej dla kompozytora plotki, że muzyka do Zemsty nie jest jego dziełem, lecz pochodzi z teki kompozytorskiej zmarłego przed czterema laty brata Józefa, choć przecież każda nuta operetki zdradzała wyraźnie autora.

Premiera w Theater an der Wien 5 kwietnia 1874 roku zakończyła się sukcesem co najwyżej umiarkowanym, los to wielu scenicznych arcydzieł. Trzeba było uporczywych zabiegów zwolenników Straussa, by nie zapomniano o Zemście zupełnie. Jej setne przedstawienie odbyło się w Wiedniu dopiero po dwóch latach, tymczasem wspaniałą muzyką Straussa cieszył się Berlin, Paryż, a potem Londyn, Petersburg, miasta Stanów Zjednoczonych i wreszcie cały świat. W 1894 roku Gustaw Makler, dyrygując Zemstą nietoperza w Hamburgu, stworzył wzór dla wszystkich przyszłych interpretacji dzieła na scenach operowych. Do historii przeszedł spektakl w operze wiedeńskiej w 150. rocznicę urodzin Straussa pod batutą Mścisława Rostropowicza z udziałem Teresy Stratas jako Rosalindy, René Kollo w partii Eisensteina i z Wiesławem Ochmanem – Alfredem. Światowym wydarzeniem artystycznym stało się płytowe nagranie Zemsty nietoperza dokonane w 1970 roku dla wytwórni DECCA przez Karajana, który zapewnił nie tylko pierwszorzędną obsadę, ale na bal u księcia Orlovsky’ego zaprosił światową czołówkę śpiewaczą m.in. Teresę Berganzę, Birgit Nilsson, Renatę Tebaldi, Joan Sutherland, Maria del Monaco. Wielkim gwiazdom nie przyniosło ujmy śpiewanie operetkowych arii, mimo iż tak często słychać opinię, że to gatunek muzyczny nieco podejrzanej jakości. Zadziałał tu nie tylko magnes wielkiego maga batuty, raczej chęć dobrej zabawy. Czyż melodyjne arie miałyby być przeznaczone jedynie dla kiepskich śpiewaków? Rację miał niegdyś Camille Saint-Saëns nazywając wprawdzie operetkę zbłąkaną na manowce córką opery, ale dorzucając jednocześnie, iż „nie oznacza to bynajmniej, że córki, które zbłądziły na manowce, są mniej urocze”.

Czy słuchając Zemsty nietoperza możemy podziwiać jedynie muzykę? Libretto Haffnera i Genée nie tylko bawiło, miało także wydźwięk satyryczny. Czy ostrze satyry może być aktualne i dzisiaj? Nie ma już wprawdzie – nad czym ubolewam – kawalerów gotowych do poświęceń dla honoru damy, ale ileż za to wokół przebierańców? Z łatwością i dziś znajdziemy Eisensteinów dufnych w moc swego pieniądza, sprytne Adele marzące o wygranych castingach, ekscentrycznych bogaczy podobnych księciu Gigi czy Falków dyszących żądzą zemsty za doznane upokorzenia. Trzeba uważać, z kim bawi się człek na balu, bo strata zegarka może być zaledwie drobnostką, a zbyt pochopne śpiewanie mów mi ty, przyjacielu zrodzić może wiele przykrości. Popatrzmy więc łaskawie na liczące blisko sto trzydzieści lat arcydzieło muzycznego teatru i przypomnijmy sobie słynne Gogolowskie pytanie: „z kogo się śmiejecie?”…

Anna Woźniakowska

Fragmenty recenzji

Fragmenty recenzji:

To prawda, że przekład „Zemsta nietoperza” dokonany przez Juliana Tuwima wciąż zachowuje świeżość. Ale Józefowicza zainspirował on do serii scenicznych gagów, więc powstał spektakl o świetnym tempie (...).

Orkiestra gra lekko, współtworząc klimat spektaklu. Dzięki temu Johann Strauss zdecydowanie odmłodniał w Krakowie. Reżyser postawił wysokie wymagania solistom i wieli z nich stworzyło udane role, zwłaszcza Anita Maszczyk, pokojówka Adela marząca o scenicznej karierze czy Przemysław Rezner jako dr Falke, czyli mściwy nietoperz.

Klasą dla siebie jest Janusz Ratajczak w roli wplątanego w sieć intryg Eisensteina, który nawiązał do wspaniałych tradycji polskiej operetki.

(...) „Zemsta nietoperza” przywraca wiarę w wartość teatralnego rzemiosła i proponuje trzy godziny zabawy w dobrym stylu. To wcale niemało.

Jacek Marczyński, „Rzeczpospolita”, 20 grudnia 2005


Takiej operetki jeszcze w Krakowie nie widzieliśmy. Takiego rozmachu, takiej scenografii takiego bogactwa kostiumów.

Na scenie jest bogato, solidnie, realistycznie. (...) Bogate, solidne i dopracowane są też kostiumy. Żadnych materiałów zastępczych - jedwabie, aksamity, brokaty, futra, strusie pióra, hafty, koronki. Jest na co popatrzeć, zwłaszcza, ze dziś w mało którym teatrze widzi się historyczne stroje.

Joanna Targoń, „Gazeta Wyborcza”, 20 grudnia 2005


Reżyserii i choreografii podjął się Janusz Józefowicz, który wyczarował na scenie świat końca XIX wieku. Przedstawienie lekkie i dowcipne podobało się bardzo publiczności, która nagrodziła artystów brawami na stojąco. (…) Kierownictwo muzyczne nad spektaklem objął Uwe Theimer, specjalista od Straussa z wiedeńskiej Volksoper. Takiego wykonania uwertury chciałoby się posłuchać jeszcze raz.

AMS, „Dziennik Polski”, 20 grudnia 2005


Inscenizacja Józefowicza przepojona jest ruchem scenicznym, a wykonawcy nie ograniczają się jedynie do śpiewu. Reżyser, specjalizujący się do tej pory we współczesnych musicalach, nie porzucił, co mu się chwali, stylu klasycznej operetki, i to zarówno w formie, jak i wykonaniu. Ze sceny tchnie duchem epoki sprzed ponad 100 lat, choć wydaje się, że Julian Tuwim libretto przetłumaczył całkiem niedawno. Z wizją Józefowicza całkowicie współgrają ciekawa scenografia Andrzeja Worona i kostiumy Marii Balcerek, które przenoszą widzów do epoki Straussa.

Nie można mieć też zastrzeżeń do obsady śpiewaków, wśród których wyróżniają się Anita Maszczyk (Adela) - z tą rolą już niedługo będzie mogła pokazać się w Europie - i Ewa Biegas (Rosalinda), a także świetny Janusz Ratajczak (Eisenstein) oraz Adam Zdunikowski (Alfred).

Premierowe przedstawienie dobrze poprowadził profesor Uniwersytetu Muzyki i Sztuk Pięknych w Wiedniu, Uwe Theimer, który jest nie tylko dyrygentem, ale i kierownikiem muzycznym przedstawienia. To również dzięki niemu nabiera ono tempa i lekkości. (...)

Paweł Dybicz, „Przegląd”, 8 stycznia 2006


Ów sukces, jakim zakończyły się premierowe spektakle w Krakowskiej Operze (Kraków nigdy dotąd nie wystawiał Zemsty) to przede wszystkim zasługa ekipy. Jeśli Strauss to lekkość muzyki i taniec – obie te jakości zyskały realizatorów wręcz wymarzonych. Kierownictwo muzyczne powierzono Uwe Theimerowi – austriackiemu dyrygentowi i kompozytorowi specjalizującemu się w muzyce Straussa. Theimer, od 1975 r. dyrygent Wiener Volksoper, asystował takim tuzom jak Karl Böhm, Lorin Maazel czy James Levine”.

Balet Opery zasilono dodatkowo członkami Klubu Tanecznego Politechniki Krakowskiej, a w finale akrobatą, który pod postacią tytułowego nietoperza daje popis efektownej podniebnej ekwilibrystyki.

Sprawcami sukcesu krakowskiej premiery okazali się też wykonawcy – w przeważającej mierze gościnni. Z oglądanej przeze mnie drugiej obsady wyróżnię zwłaszcza dwie panie: Ewę Biegas i Martę Boberską. Pierwsza, odtwórczyni roli Rosalindy, to śpiewaczka nie tylko o pięknym mocnym głosie, ale i dużych możliwościach aktorskich – z nerwem komicznym na czele. Atutem drugiej - operetkowej Adeli – jest dźwięczny i miły dla ucha głos. Nie zawiedli też panowie: Janusz Ratajczak (Eisenstein), debiutujący na krakowskiej scenie Tadeusz Szlenkier (Alfred), Artur Ruciński (Dr Falke) i Andrzej Biegun (Frank).

Monika Partyk


Ze spokojem mogę powiedzieć, że inscenizacja dzieła Straussa w Operze Krakowskiej to sukces naszej sceny.

Postarano się o dobre, młode głosy. W obu spektaklach w Rosalindę wcieliła się Ewa Biegas obdarzona nie tylko pięknym głosem, ale i dużymi zdolnościami aktorskimi. Uroczą, pełna wdzięku Adelą była w niedzielę doskonała głosowo Anita Maszczyk. Młodą artystkę chciałoby się częściej widzieć na krakowskiej scenie.

Anna Woźniakowska, „Dziennik Polski”, 21 grudnia 2005


Jednym z głównych twórców sukcesu okazał się zaproszony z Wiednia dyrygent Uwe Theimer, kapelmistrz tamtejszej Volksoper oraz szef założonego przez siebie zespołu Wiener Opernballorchester, specjalizującego się w muzyce Johanna Straussa oraz współczesnych mu kompozytorów wiedeńskich. Prowadził dzieło Straussa z należną precyzją i zarazem z doskonałym wyczuciem stylu, czyli lekko, finezyjnie i z tanecznym zacięciem - tam, gdzie partytura tego wymagała. Orkiestra i Chór Opery Krakowskiej sprawiały się dzielnie pod jego batutą (…). 

Z kolei Janusz Józefowicz jako reżyser uczynił wiele, aby pełna humoru akcja sztuki, sterowana zresztą przez znakomite libretto w doskonałej polskiej adaptacji (bo o przekładzie sensu stricto trudno tu mówić) Juliana Tuwima, biegła żywo i w sposób naturalny, bez zbędnych udziwnień (…). Przede wszystkim zaś poprowadził rzecz całą z niepospolitym rozmachem (zwłaszcza w „balowym” II akcie), wykorzystując do efektownych pochodów w tanecznym rytmie także widownię teatru. (…) W oglądanym przeze mnie, drugim z kolei przedstawieniu bardzo dobrą Rozalindą okazała się utalentowana Ewa Biegas (...). Dobrym Eisensteinem był Janusz Ratajczak, a dyrektorem więzienia Frankiem - Andrzej Biegun. Chlubiący się zaś już licznymi sukcesami na koncertach i festiwalach (m.in. w Krynicy), lecz debiutujący dopiero na operowej scenie młody tenor Tadeusz Szlenkier bardzo ładnie spisał się w partii śpiewaka Alfreda. Z kolei jako odtwórcy partii księcia Orłowskiego i doktora Falke szczere uznanie zaskarbili sobie Bożena Zawiślak oraz Artur Ruciński. 

Józef Kański, „Ruch Muzyczny”, nr 2/22.01.2016