A A A
normalny kontrast | duży kontrast

Piszą o „Kandydzie”

fot. Łukasz Łuszczek

Miniony weekend upłynął pod znakiem „Kandyda” Leonarda Bernsteina. Trzy wieczory w naszym teatrze rozpoczynała charakterystyczna, szalona, pełna melodycznej inwencji uwertura dzieła, które bywa nazywane walentynką dla muzyki europejskiej. Od niego 7 czerwca 2019 roku rozpoczął się 23. Letni Festiwal Opery Krakowskiej.

Spływają już do nas pierwsze recenzje. Red. Anna Woźniakowska pisze na łamach portalu polskamuza.eu:

Opowieść o losach młodzieńca, który wierzył – za swoim mistrzem Panglossem – że żyje na najpiękniejszym ze światów, jest tyleż filozoficzną zadumą nad losem człowieka gnanego wichrami historii, co satyrą pełną absurdów. Stworzenie z poszczególnych obrazów przekonywającej całości jest nie lada zadaniem. A przecież Michałowi Znanieckiemu, reżyserowi spektaklu, twórcy kostiumów i gry świateł, w pełni się to udało. Pomocni byli mu w tym scenograf Luigi Scoglio i choreograf Jarosław Staniek. Na scenie Opery Krakowskiej oglądamy widowisko barwne, pełne dobrze zakomponowanego ruchu, chwilami wręcz piękne.

Recenzentka wskazuje również na mocne strony obsady: Voytek Soko-Sokolnicki (po raz pierwszy na krakowskiej scenie) stworzył dobrą postać Kandyda, konsekwentnie przedstawił jego dojrzewanie, był dobry zarówno aktorsko jak i wokalnie. Dobrą Kunegundą była Katarzyna Oleś-Blacha. Małgorzata Walewska była prawdziwie mistrzowska jako Old-Lady, podobnie jak Mariusz Godlewski w roli Panglossa. Z przyjemnością oglądałam i słuchałam Moniki Korybalskiej jako Paquette i Huberta Zapióra w roli Maksymiliana. Także wszyscy wykonawcy pomniejszych ról, a jest ich niemało, spisali się należycie. Podobnie balet i utaneczniony chór. Całość recenzji dostępna jest TUTAJ.

 Z kolei red. Anna Małachowska odnotowuje na łamach nascenie.info:

Małgorzata Walewska (Old Lady), której kunszt operowego śpiewu cenię wysoko, w spektaklu Michała Znanieckiego zaskoczyła mnie aktorskim warsztatem i wykonawczą gracją oraz Michał Kutnik (Marcin), który w pełni wykorzystał swój czas na scenie, by w arii „Words, words, words” dobitnie wyśmiać naiwny optymizm Kandyda, wyraziście realizując swoje zadanie wokalne i aktorskie. Z przyjemnością słuchałam i oglądałam Mariusza Godlewskiego (Pangloss) oraz Monikę Korybalską (Paquette). Zachęcamy do przeczytania całej recenzji TUTAJ.

Red. Jacek Marczyński na łamach Rzeczpospolitej pisze:

Opera Krakowska zainscenizowała „Kandyda” z rozmachem, choć spektakl rozkręca się powoli (…). Spektakl nabiera tempa, gdy na plan pierwszy wychodzą wykonawcy głównych ról. (…) Widz ma zresztą dodatkową atrakcję, bo uznane gwiazdy operowe pokazują się w zupełnie innym wcieleniu. Małgorzata Walewska jako Old Lady świetnie porusza się między musicalem i operą, a dobre komediowe aktorstwo wzbogaca ironicznie ujętym stylem primadonny. Równie bezbłędnie w obu tych muzycznych światach odnajduje się Mariusz Godlewski (filozof Pangloss). Katarzyna Oleś-Blacha (Kunegunda) zawsze osiąga najlepszy efekt artystyczny, gdy swą oszałamiającą technikę wokalną traktuje z dystansem, jak właśnie tu, w roli kobiety ceniącej brzęk monet i błysk diamentów. Voytek Soko Sokolnicki obdarzył szlachetną prostotą Kandyda (…). Reżyser Michał Znaniecki pomysłowo rozegrał niemal całą akcję w bibliotece pełnej mądrych książek, bo Kandyd spojrzenie na świat zdobył z nauk Panglossa. Kiedy zaś po nieprawdopodobnych perypetiach odzyskał ukochaną i zamieszkał w nią w skromnym domku, biblioteka zamieniła się w supermarket. Oto nasz świat, w którym książki na półkach zostały zastąpione przez towary z kolorowymi nalepkami. Czy to jest życie, do którego dąży Kandyd w XXI wieku?

Red. Lesław Czapliński dodatkowo ocenia drugą obsadę, która zaprezentowała się podczas sobotniej premiery:

Łukasz Gaj pewniej czuje się w tej konwencji wokalnej i w znacznej mierze udało mu się przezwyciężyć problemy emisyjne wcześniej dające znać o sobie. W roli filozofa Panglossa dwukrotnie wystąpił Mariusz Godlewski, w którego interpretacji zwłaszcza drugi song „Dear boy” odznaczał się ekspresyjnymi modulacjami barwy głosu, a także jego plastycznym operowaniem, w tym ściszaniem. (…) Katarzyna Oleś-Blacha ujmowała słuchaczy przede wszystkim szlachetnym legato, a także przydaniem większej dozy uczucia scenicznemu wizerunkowi postaci, podczas gdy Joanna Moskowicz lepiej odnalazła się w wokalizach (…). Młody baryton Hubert Zapiór wystąpił nie tylko w roli Maksymiliana, przybierającego różne oblicza jak na przykład argentyńskiej piękności ukazana w konwencji drag queen, dając pokaz aktorstwa transmutacyjnego, polegającego na licznych przeistoczeniach. (…) Artysta ponadto przyciemnił barwę głosu, przydając mu znamion wyraźnie bohaterskich. (…) Krzysztof Kozarek poczynił znaczne postępy w panowaniu nad głosem, tak że rolę wspomnianego gubernatora może zaliczyć do bardziej udanych. W charakterystycznym songu demonicznego Marcina-piromana „Words, words, words”, będącego rewersem optymizmu Panglossa i jego songu o najlepszym ze światów („The best of all possible worlds”), dobrze zaprezentowali się Michał Kutnik i Stanisław Olejniczak. Także Vasyl Grokholskyi w pełni odnalazł się w parodystycznych rolach Ragotskiego i Vanderdendura, a jego śpiew odznaczał się dźwięcznością i wyrównaną barwą.

Autor zauważa ponadto: Michał Znaniecki położył nacisk na stronę widowiskową swej pomysłowej inscenizacji, która ma oszołomić widza bogactwem i przepychem dekoracji i strojów, a jednocześnie nie pozostaje w rozbieżności z pierwowzorem, lecz z nim koresponduje i zachowuje uchwytną więź tożsamościową.

Red. Łukasz Gazur z Dziennika Polskiego dostrzega mocne strony koncepcji reżyserskiej, choreografii oraz scenografii spektaklu:

Teoretycy muzyki i teatru do dziś dyskutują czy „Kandyd” Leonarda Bernsteina jest operą, operetką czy musicalem. Michał Znaniecki swoją realizacją w Operze Krakowskiej zdaje się rozstrzygać temat. Stworzył musicalowy fajerwerk. To jeden z najbardziej znanych na świecie polskich reżyserów operowych na świecie, który lubi nieortodoksyjnie podchodzić do materii utworów, nad którymi pracuje. To kolaż, momentami luźno powiązanych scen, które w atrakcyjnie podanej formie, wiodą nas w wyprawie dookoła świata wraz z bohaterami „Kandyda, w poszukiwaniu krainy, w której oddychać można szczęściem. Każdy z punktów podróży ma swój odmienny, odmalowany z operowym przepychem i musicalowym szaleństwem charakter. Rewiowy szyk sprawia jednak, że widz z przyjemnością podąża za wyobraźnią reżysera spektaklu. Niektóre pomysły bywają tu ryzykowne, jak pojawienie się brodatej drag queen albo taniec zakonnic i inkwizytorów w zakapturzonych strojach znanych do dziś z procesji na Półwyspie Iberyjskim - niemniej okazują się bardzo udanymi propozycjami. To jest zasługą Jarosława Stańka, znakomitego choreografa, znanego już krakowskiej publiczności. (…) To bardzo zgrabnie pomyślane układy, które rozumieją ograniczenia sceny Opery Krakowskiej, zwłaszcza przy tak licznej obsadzie. Podobne komplementy można snuć pod adresem dekoracji autorstwa Luigiego Scoglio. Udało się zbudować sceniczny świat ponad chronologicznymi i geograficznymi podziałami. Osią całości okazują się półki z książkami - co nie powinno dziwić, skoro jesteśmy w świecie Woltera. Szybko jednak skaczemy do nowych światów, które kryją się za regałami (aluzja do książkowej wiedzy?). Tak czy inaczej - udało się zbudować wrażenie głębi, kolejnych warstw przestrzennych opowieści. Nawet jeśli momentami jest to zbyt dosłowne wizualnie, plastyczności tej narracji po prostu widz daje się uwieść.

Łukasz Gazur podkreśla także współczesną wymowę „Kandyda”: Niekanoniczne utworu odczytanie przez Znanieckiego, który każe widzom pomyśleć też o tym, czym współcześnie jest wymarzone Eldorado, po raz kolejny pokazuje, jak aktualnie mogą brzmieć produkcje oglądane w operowym budynku

Kolejne spektakle 14, 15 i 16 czerwca Bilety dostępne są na naszej stronie.